Cooltura

PRL24

On Air: Teraz gramy:

Maximus

Żyję lataniem

Fot. Arch. Sebastian Kawa

Dariusz A. Zeller, Dodano: 03.02.2016

Sebastian Kawa jest nie tylko w sportach szybowcowych postacią nietuzinkową. Największy z wielkich, rekordzista i multimedalista mistrzostw świata oraz Światowych Igrzysk Lotniczych. Człowiek, który jako pierwszy przeleciał szybowcem nad Himalajami, a zarazem… praktykujący lekarz, który w ostatnich dniach, na zaproszenie stowarzyszenia Polish Pilots UK przebywał w brytyjskiej stolicy, dzieląc się swoim doświadczeniem i wiedzą.

Z najbardziej utytułowanym polskim pilotem szybowcowym w historii rozmawiał Dariusz A.Zeller.

Witam i już na wstępie gratuluję kolejnego, jedenastego już mistrzostwa świata, zdobytego w grudniu podczas Światowych Igrzysk Lotniczych Dubai 2015…
Dziękuję. Tak naprawdę to wszyscy mają już kłopot, jak to policzyć. Najlepiej chyba jest sprawdzić w Wikipedii. (śmiech) W sumie mam już 23 medale mistrzostw świata, mistrzostw Europy i tzw. World Air Games, czyli tzw. Igrzysk Lotniczych.

Już teraz jesteś legendą i bez mała najbardziej utytułowanym zawodnikiem szybowcowym na świecie. Jak wyglądały twoje początki w sporcie?
Były bardzo obiecujące. Pływałem wtedy na żaglówkach i byłem bardzo aktywnym zawodnikiem. Pod koniec tej kariery wygrywałem mnóstwo zawodów w Polsce, jeździliśmy zarówno na mistrzostwa świata, jak i Europy, w klasie 420. Tak, że początek latania na szybowcach to było tak jakby „w międzyczasie”. Bardzo szybkie szkolenie w aeroklubie Bielsko-Bialskim. Szkoliłem się na lotnisku Żar, które wówczas należało do tego aeroklubu Bielsko-Bialskiego. Miałem to szczęście, że mój tata był bardzo dobrym pilotem szybowcowym i samolotowym, który już po tym szkoleniu pomógł mi w lataniu na przelotach. Kilka razy polecieliśmy razem, ja za nim, a także w grupie, gdy sami zorganizowaliśmy takie przeloty. To dało mi bardzo dużo, gdy po tych pierwszych dwóch latach, gdy jeszcze pływałem na żaglówkach, wreszcie pojechałem na mistrzostwa Polski juniorów. Wygrałem te zawody z ogromną przewagą! A pojechałem do Leszna do naszego centrum szkoleniowego po naukę… W górach jednak trudniej się lata i gdy pojechałem tam na płaski teren, pogoda była dla mnie, powiedziałbym bardzo łatwa i tak sobie myślę, że właśnie wtedy i w ten sposób zaczęła się moja kariera tak na poważnie. Po takim sukcesie nie można było już tego zmarnować, trzeba było trenować i próbować dalej. Chociaż tak naprawdę moim celem nigdy nie było zostanie zawodnikiem. Myślałem przede wszystkim żeby pracować, żeby zarabiać, żeby być lekarzem. Poszedłem na studia medyczne, które w międzyczasie ukończyłem. Z tym, że na tych studiach było tak fajnie, że mogłem wygospodarować sobie nawet aż cztery miesiące wolnego. Jeśli udawało się zdawać egzaminy wcześniej, można było ten czas przeznaczyć na latanie.

Jak zatem łączysz latanie szybowcowe z zawodem lekarza?
W tym roku mam o tyle wyjątkowo, że nie mam zawodów w zimie. Od momentu, gdy rzeczywiście znalazłem się na TOP-ie, gdzieś tak od 2003 roku, zaczęło się naprawdę bardzo intensywne latanie i pojawiły się zawody, tak, że kiedy byliśmy na południowej półkuli w zimie, to musiałem swoją karierę zawodową zawiesić na kołku. Mam oczywiście w tej chwili gabinet, w którym wykonuję badania, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Ponieważ moja żona i moi rodzice są lekarzami rodzinnymi, przy okazji w tym samym ośrodku wykonuję swoją pracę jako lekarz, a na co dzień jestem szybownikiem.

Osiągnąłeś już w tym sporcie niemal wszystko. Co zatem ciebie jeszcze w tym pociąga i motywuje?
Ja żyję lataniem. Żyję lataniem i zawodami szybowcowymi. To są ogromne emocje, które tak naprawdę uzależniają. To są chwile niepewności, adrenalina, nawet chwile niebezpieczeństwa. Zawody trwają tydzień, albo jak np. mistrzostwa świata, które trwają dwa tygodnie. Jest to dość długi okres napięcia, gdzie po tym, jeśli już odniosło się sukces i wraca się do domu, to tak naprawdę człowiek wpada w depresję, ponieważ… nie wie co ma robić. Cały czas pracowało się na wysokich obrotach, a tu… relaks (śmiech). I co z tym zrobić? Należy natychmiast iść na lotnisko, by odnaleźć te emocje i czymś się zająć. Ale w tej chwili latanie zawodnicze nie jest dla mnie najważniejszym celem. Chciałbym powoli kończyć karierę i przekazywać innym swoje umiejętności, tzn. nauczyć kogoś jeszcze latania. Byłbym zadowolony, gdybym znalazł grupę młodych ludzi, których mógłbym podciągnąć w tym zakresie.

Chciałbyś po zakończeniu kariery lotniczej zająć się szkoleniem?
Nie, nie zamierzam uczyć pilotów i tym się zajmować, by móc z tego żyć. Jednak w ograniczonym zakresie mógłbym pomóc takim osobom zrobić karierę. Natomiast mam cele „wyprawowe”, aby zrobić coś, czego jeszcze nikt nigdy nie robił. Tak jak np. wyprawa w Himalaje, którą zrobiliśmy w roku 2013.

No właśnie. Dokładnie 21 grudnia 2013 roku, wspólnie z Krzysztofem Stramą jako pierwsi w dziejach ludzie, wykorzystując wyłącznie siły natury, wznieśliście się szybowcem nad Himalajami...
Były już wcześniej przypadki, że latały nad Himalajami samoloty śmigłowe. Były przeloty balonem, były przeloty motolotnią, czy holowaną motolotnią w pobliże Mount Everestu, były też zloty z Mount Everestu na motolotni. Natomiast nikt nigdy, wykorzystując prądy powietrzne, nie wzniósł się nad Himalaje! I tak naprawdę na tym ten sport szybowcowy polega, żeby wykorzystywać siły drzemiące w atmosferze, siły natury, żeby pokonywać ogromne odległości…

Co wtedy czułeś?
Przede wszystkim ogromną ulgę kiedy już nam udało się, ponieważ był to ogromny stres latać tam nisko nad chmurami. W Himalajach od południa mamy niestety często pełne pokrycie chmurami i przebić się przez te chmury w górę jest niezmiernie trudno. Zwłaszcza czymś, co nie ma napędu. Trzeba wykorzystywać prądy powietrzne, które są między tymi chmurami, albo i wewnątrz chmur.  A ponieważ chmury kryją tam często i zbocza górskie, to zderzenie z tymi skałami, bez widzialności latania w okolicy, jest po prostu niebezpieczne. Myśmy przez długi czas byli tuż, tuż nad tymi chmurami i wierzchołkami, i gdybyśmy w nie wpadli też bylibyśmy w niebezpieczeństwie. Więc w momencie, gdy znaleźliśmy się w masywie Annapurny Machapuchare – taki pierwszy wierzchołek, który zaatakowaliśmy, który nas wyniósł ku górze – to była ogromna ulga, a potem ogromny zachwyt tym, co można było zobaczyć. Byliśmy kompletnie oszronieni, oblodzeni, ale wietrzyliśmy, wentylowaliśmy i w pewnym momencie było już widać z tej wysokości Tybet, Indie. Widać było prawie cały łańcuch Himalajów z 9.600 metrów, gdyż na taką wysokość dosyć szybko wznieśliśmy się już potem. Była duma z tego, żeśmy się tam znaleźli. No i trochę sobie nawet popłakaliśmy. (śmiech)

Czy są jeszcze miejsca, które chciałbyś z perspektywy szybowca obejrzeć?
Chciałbym popychać to latanie szybowcowe do przodu i są takie miejsca. Himalaje były takim przykładem. Największe góry na świecie, najbardziej prestiżowe miejsce i nikt nigdy tego nie zrobił! Jak to jest możliwe? No więc, to już zostało załatwione (śmiech), a teraz chciałbym znaleźć się szybowcem nad… Antarktydą. To jest moje marzenie, żeby tam pojechać i pokazać, że wykorzystując tylko siły przyrody można nie tylko z dużymi prędkościami przemieszczać się, ale można też pokonywać ogromne dystanse. W tej chwili rekord odległości przelotu wynosi 3 tysiące kilometrów szybowcem w ciągu jednego dnia. Czyli, żeby wykorzystać te 14 godzin za dnia trzeba lecieć około 200 km/h, by pokazać, że można latać w tak ekstremalnych warunkach i w tak ekstremalnym miejscu jak Antarktyda.

Trudno wytrzymać bez tej adrenaliny?
Może to nie jest sama adrenalina, ale realizacja celów, które sobie wyznaczyłem i wyznaczam. I satysfakcja z tego, że te cele się osiągnęło. Adrenalina i bezpieczeństwo w szybownictwie -  myślę, że to nie jest to. To możemy wyprodukować np. na drodze, jadąc za szybko, ale ja tego nie lubię. Staram się wszystko robić bezpiecznie. I mam satysfakcję z tego, że coś mi się uda.

W Londynie i jego okolicach działa z powodzeniem (i sukcesami) grupa polskich miłośników szybownictwa…  
Tak. Przyjechałem tutaj na zaproszenie Jana Woźnego, który jest reprezentantem Stowarzyszenia Pilotów Polskich „Polish Pilots UK” i myślę, że mamy tutaj ogromny potencjał. Wydaje mi się, że możliwe są szkolenia, by jednocześnie w łatwiejszy i bardziej intensywny sposób wyszkolić nowych pilotów, np. w Polsce, by potem mogli tu przyjechać i latać. To jest do zorganizowania. A poza tym współpraca przy tworzeniu wspólnych przedsięwzięć, jak np. ta Antarktyda, która jest bardzo fajnym celem.

Powiedz, czy zachęcałbyś do uprawiania szybownictwa?
Przede wszystkim chciałbym stwierdzić, że szybownictwo jest dla każdego. Ktoś, kto umie jeździć rowerem, bo nauczył się, myślę, że nie będzie miał większych trudności, by latać szybowcem. To jest pierwsza rzecz. Natomiast bezpieczeństwo w szybownictwie polega na umiejętnościach pilotowania i przewidywania, by móc to robić w sposób bezpieczny. I tu niezmiernie ważny jest trening…

…a proces ten nie jest wszak krótkotrwały.  
To nie jest tak do końca. Mam przykłady - bardzo pozytywne - kolegów, których wyszkoliłem na Żarze. Było ich pięciu, ale trzech musiałem wyszkolić w ciągu tygodnia. I zrobiliśmy to. W ciągu tygodnia nauczyli się latać i wszyscy trzej do tej pory to robią! Nie zrezygnowali i zbierają kolejne szlify w akrobacji szybowcowej. To jest kolejny element, który dodaje się do licencjatu. Dawniej to było normalne w szkoleniu szybowcowym. Jestem pilotem, który lata oraz wykonuje akrobację szybowcową i przeloty szybowcowe. Natomiast teraz szkoli się jedynie do 3 klasy i następnie pilot sam wybiera czy chce się szkolić w akrobacji szybowcowej, czy na przeloty, gdyż to są dwie różne dziedziny. Ale to jest niesamowite przeżycie i ogromna satysfakcja. Oczywiście pochłania to czas, ale to jest pasja na całe życie.

Czy zauważasz, choćby w Polsce, trend na uprawianie szybownictwa?
Mamy przede wszystkim duży problem z przepisami. Jesteśmy w Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Lotniczego, która wtyka palce w nasze tryby i blokuje wszystko. To powinno być traktowane, jak jazda rowerem, ponieważ latanie szybowcem do prowadzenia samolotu komunikacyjnego ma się nijak, ale w wielu miejscach jesteśmy traktowani jak te wielkie, komercyjne przedsięwzięcia i musimy mieć takie same certyfikaty, musimy mieć takich samych certyfikowanych mechaników, urzędników, itd. I to wszystko przede wszystkim podnosi koszty tego. Dawniej taki klub mógł być skrzyknięty przez paru entuzjastów, którzy robili sobie jakieś tam „letadlo” z patyków i latali sobie z górki, ale w tej chwili jest to już oczywiście niemożliwe do realizacji. A jeśli już ktoś chciałby szkolić, to jest z tym jeszcze większy kłopot. I to jest właśnie duży problem współczesnego szybownictwa, że ten sport, a nie żadne latanie komercyjne, ma duże trudności, żeby te wszystkie wymagania spełniać. Ale jeśli już przekroczy się tę granicę, zdobędzie więcej, kiedy już nikt nie będzie patrzył, nikt nie będzie nadzorował, to można już samemu, na własną odpowiedzialność latać. Jeśli są osoby, które już nie muszą być certyfikowane, to jest już możliwość znalezienia się w miejscach, gdzie nie można dostać się inaczej, niż szybowcem, bez napędu. A my możemy latać i po Himalajach i po Tatrach i w Alpach. Możemy w wielu miejscach normalnie się przemieszczać, w przestrzeni, która jest bardzo rzadko uczęszczana przez człowieka. Np. wchodząc na górę można poświęcić na to cały dzień, a na najwyższe góry nawet i dwa tygodnie i czasami zdobędzie się je, albo nie zdobędzie. A są to także miejsca do latania na szybowcach, w okolicach tych wierzchołków, w miejscach gdzie ludzie rzadko się znajdują. My, gdy jesteśmy nad takim łańcuchem górskim, w ciągu jednego dnia możemy zobaczyć wszystkie te wierzchołki. Być tam i z powrotem, odwiedzić miejsca tak niedostępne, jak np. Patagonia. I polatać po stronie zawietrznej nad nią. Widzimy widoki, krajobrazy prawie że jak z Marsa: porozlewane lawy, rdzawą ziemię i piasek z powodu zawartości różnych minerałów. To są kolory pustyni. Trzeba dużych środków, by tam się znaleźć, a my wylatujemy, robimy jakiś tam rekord i to jest naturalne (śmiech).          

Masz miejsca, które szczególnie upodobałeś do latania?
Bardzo lubię latać u siebie, w Beskidach. Po otwarciu granic są teraz dostępne Beskidy Śląskie, Beskidy Czeskie, na Słowacji, Fatra i Matra... I to wszystko w zasięgu lotu z lotniska w Międzybrodziu Żywieckim, czyli na Żarze, w Nowym Targu czy Nowym Sączu, czy Łososinie. To bardzo przyjemne miejsca do takiego turystycznego latania. Lotnisko Żar jest fajne także z tego powodu, iż stojąc na stoku góry Żar, gdzie w pobliżu mieszkam, można polecieć na minimalną wysokość i skorzystać z prądów powietrza i noszeń powodowanych przez wiatr, który tę górę omija, i potem polecieć dalej. Jeśli ktoś ma takie umiejętności, to można niemal wszędzie w promieniu 500  kilometrów. To jest wspaniałe.

Przyznam, że w ustach mistrza brzmi to jak zachęta do wyjścia ze sfery wyobraźni do realnego świata, będącego udziałem tych, którzy zdecydowali się na przygodę z szybowcami…
Zachęcam wszystkich do latania na szybowcach! Z jednej strony to może być dobry sposób, by zacząć karierę lotniczą, przecież szybownictwo to nie tylko sport szybowcowy, ale i różne formy latania zarobkowego, lotnictwo sanitarne, lotnictwo komercyjne, czy jakieś małe, turystyczne latanie samolotami, ale z drugiej strony jest to sposób na przeżycie niesamowitych doznań  i znalezienie się w miejscach, w jakich w inny sposób byśmy się nigdy nie znaleźli!

      
Polish Pilots UK
Stowarzyszenie założone w London Gliding Club przez Jarosława Szustera i Jana Woźnego. Jego zamiarem jest zgrupowanie polskich pilotów w Wielkiej Brytanii i kontynuacja tradycji polskiego lotnictwa.

W zeszłym roku na mistrzostwach Anglii w akrobacji, ku czci pamięci polskich pilotów, którzy wzięli udział w Bitwie o Anglię i w II wojnie światowej, wystartowali członkowie stowarzyszenia Polish Pilots UK - trzykrotny mistrz świata Sławomir Talowski, dwukrotny mistrz świata Maciej Pospieszyński oraz aktualny mistrz Wielkiej Brytanii Jan Woźny.  Honorowym członkiem stowarzyszenia Polish Pilots UK jest Sebastian Kawa.

Szczegółowe informacje dotyczące działalności stowarzyszenia można znaleźć na Facebooku, wspisując PolishPilotsUk - https://www.facebook.com/groups/849172018536228/
lub przez kontakt mejlowy pod adresem: info@polishpilots.uk.

 

Dodaj komentarz

Wybrane oferty

Jak słuchać radia PRL?

Radio
Przełącz się na cyfrowy system DAB. Po uruchomieniu radia poszukaj nas pod nazwą Polish Radio London, bądź na kanale 11B.

W domu
Jeśli masz platformę N podłączoną do internetu to też możesz słuchać radia PRL. Szukaj nas w stacjach regionalnych.

Internet
Ciesz się najlepszą muzyką na Wyspach Brytyjskich. Kliknij przycisk LISTEN LIVE i słuchaj radia w kilku jakościach.

W telefonie
Ściągnij darmową appkę na twojego smartphon’a i słuchaj nas gdziekolwiek jesteś. Appkę możesz ściągnąć tutaj:

App Store Google Play Windows Store

Napisz do nas!