Cooltura

PRL24

On Air: Teraz gramy:

Maximus

Angielski, czyli współczesna łacina

Tomasz Borejza, Dodano: 02.11.2015

Angielski to drugi język Polaków. Jest to też światowy „lingua franca”. Dlaczego? Powód pierwszy to USA. Drugim jest to, że jest to język prosty. Choć nie wszystko jest w nim łatwe. Jest wymowa, w której pewne jest jedynie to, że nic nie jest pewne. Są wreszcie połykający głoski Brytyjczycy i mniej więcej 50 różnych dialektów, którymi się posługują.

Nauczanie języka angielskiego to biznes, który na całym świecie jest wart 6 miliardów funtów rocznie. Nie może być inaczej, bo to współczesna łacina. 2/3 ukazujących się na świecie artykułów naukowych to teksty anglojęzyczne. W Europie 50 proc. umów biznesowych jest sporządzanych po angielsku. Na świecie żyje od 300 do 400 milionów ludzi, dla których jest on pierwszym językiem, ale to i tak niewiele, bo w samych Chinach uczy się go więcej osób, niż mieszka w Stanach Zjednoczonych. O jego sile stanowi to, że od przynajmniej 200 lat mówią nim najpotężniejsze światowe imperia. Najpierw korona brytyjska. Później Ameryka.

Ale też to, że jest to język wyjątkowo łatwy, bo nie ma odmian oraz elastyczny, bo szyk zdań nie jest stały. – Fiński ma 15 różnych odmian, więc każdy rzeczownik różni się w zależności od przypadku. Wyobraźcie sobie, jak uczycie się 15 sposobów, żeby powiedzieć kot, pies, dom, itd... Angielski porzucił odmiany – napisał Bill Bryson w świetnej książce, którą zatytułował „The Mother Tongue”. Fiński mógłby w tym porównaniu równie dobrze zamienić na polski z odmianami rzeczowników uzależnionymi od tego, czy są one męskożywotne, męskoosobowe czy męskonieżywotne. Choć trudno jest znaleźć odpowiedniki tych słów. Jednak istotne jest nie samo odniesienie, a po prostu to, że dzięki porzuceniu odmian i kilku podobnym uproszczeniom angielski jest jednym z najłatwiejszych języków świata.

Powód był taki, że mięso, które produkowali Anglicy, jedli Normanowie. Tyle tylko, że nie był to jedyny efekt istnienia takiego rozdziału. Francuski jako język dworu był bowiem także językiem ludzi uczonych. To o jego poprawność dbano. To jego zasady kodyfikowano. To jemu forma pisana nadawała trwałą strukturę. W tym samym czasie język ludu, używany jako język mówiony, ulegał szybkim transformacjom i uproszczeniom. Był to czas, w którym zginęło wiele zasad utrudniających posługiwanie się tzw. staroangielskim. Pozostało za to wiele słów. Choćby nazwy dni, którym imiona nadali nordyccy i germańscy bogowie. Środa to dzień Wodana (dlatego WENDESday) czwartek to dzień Tora (THURsday), a piątek Freji (FRIday). Wtorek z kolei ma jeszcze wcześniejszą genezę, bo pochodzi od Tiwa, którego utożsamiano z rzymskim Marsem.

Po samych Rzymianach, pomimo że Wyspami rządzili przez całkiem długi czas, zostało bardzo niewiele. A do tego większość słów mających swoje źródło w Italli, dotarło do Anglii później. Na przykład swojski „garbage” – za Brysonem – trafił tam z Normanami, którzy wcześniej zaadaptowali włoskie garbuzo. To pochodziło ze starowłoskiego „garbuglio”, zapożyczonego z łaciny – od „bullire” (gotować). Wśród łacińskich zapożyczeń są jednak słowa bardzo istotne. Na przykład „salary”. Jego źródłem jest „salarium”, co oznacza dokładnie „solne pieniądze”, bo legioniści żartowali (albo i nie), że ich żołd wystarcza tylko na to, by kupić odrobinę soli.

Dwóch ojców

Z okresu francuskiej dominacji Anglicy wyszli właściwie z nowym językiem. I to językiem bardzo dobrym, bo prostym, który dopiero czekał na solidną kodyfikację. Lingwiści mówią o nim „średnioangielski”. Funkcjonowało już wówczas wiele słów, które wciąż są w użyciu. Tyle tyko, że niektóre miały nieco inne znaczenia. Np. odnotowano, że w 1290 roku słowem nice posługiwano się, by powiedzieć, że ktoś jest głupi. Schyłkowa forma średnioangielskiego przyniosła już wielkie dzieła literatury angielskiej, w tym przede wszystkim Geoffreya Chaucere'a, który jest uznawany za ojca wyspiarskiego pisarstwa i jego „Opowieści kanterberyjskie”. Jak wyglądał ówczesny język?

Tak:
„Whan þat Aprill with his shoures sote
Þe droghte of Marche haþ perced to the rote,
And baðed euery veyne in swich licour,
Of which vertu engendred is þe flour;”

Zrozumieliście coś? Jeżeli tyle co ja, to przede wszystkim „which”. Tylko trzeba pamiętać, że wówczas stosowało się je nie tylko do rzeczy, ale też do ludzi. Dlatego w angielskim „Ojcze nasz” da się znaleźć „Father which art...”. Jednak o ile Chaucere to dla Anglików ktoś w rodzaju połączenia Kadłubka, Reja i Kochanowskiego, to pisząc o ojcach ich języka, nie można pominąć także największego dramaturga, którego wydały Wyspy – Szekspira.

William Szekspir tworzył w formacyjnym okresie angielskiego. Wtedy, gdy tworzyły się zręby i zasady nowoangielskiego, które trwają do dziś. Część z nich przetrwała w mowie, inne tylko w pisowni. Tak jak  knee, knight, itd..., które czyta się bez „k” tylko dlatego, że w czasach Szekspira pierwsza sylaba nie była jeszcze niema i mówiono „kne”, „knajt”, itd... Z czasem „k” zniknęło z wymowy, ale zostało na papierze. Podobnych przykładów jest zresztą o wiele więcej, a wracając do dramaturga i jego roli w ewolucji języka angielskiego, to trudno ją przecenić. Wszystko za sprawą jego nieskrępowanej kreatywności. Naliczono, że w swoich sztukach użył 17677 słów. I teraz – uwaga! - co 10 z nich było nowe. Nie wszystkie się przyjęły, ale bardzo wiele tak. To on wymyślił np. słowo „homicide”. Wprowadził też do języka szereg zwrotów. By wymienić tylko: „to be in a pickle”, „flesh and blood”, „foul play”, „play fast and loose”, itd..., itp...

Radosna słowotwórczość była możliwa, bo dopiero upowszechnienie druku, wymusiło jaką taką standaryzację angielskiego. Jeszcze w XVII wieku było ponoć tak, że 50 mil od Londynu jego mieszkaniec w żaden sposób nie mógł się dogadać. Co się zresztą tak bardzo nie zmieniło, bo angielski i angielski to wciąż niekoniecznie jest to samo. Nietrudno to zauważyć. Najłatwiej jest w windzie. Tą pewnego razu podróżowałem z dwoma kolegami z pracy. Jeden był Szkotem, a drugi pochodził z Walii. Przez minutę lub półtorej (podobno Brytyjczyk może wytrzymać w ciszy co najwyżej cztery sekundy – później pyta o pogodę) zdążyli przeprowadzić całkiem długi dialog. Rzecz jednak w tym, że choć mówili do siebie i ze sobą, to mówili na zupełnie różne tematy. Panowie po prostu nie rozumieli się nawzajem, ale nie chcieli tego pokazać. A może uznali, że to po prostu nie jest istotne? Takie sytuacje nie są zresztą rzadkie, bo obok zalet są też problemy.

Język jeden, ale dziesiątki dialektów

Jednym jest wymowa, o której Bryson pisze, że można o niej powiedzieć tyle pewnego, że nic nie jest pewne. Znów odwołując się do Finów wspomina, że są takie języki, w których tak jak się pisze, tak się też czyta i ubolewa, że angielski nie jest jednym z nich, bo prowadzi to do takich efektów, że każdy mówi jak chce i przyjmuje się wiele sposobów wymawiania tych samych słów. Za jeden z wielu, ale to wielu przykładów służy mu londyńska Marylebone. Wymienia: obcokrajowcy mówią „marleybone”, Brytyjczycy z prowincji: „mary-luh-bone”, a londyńczycy „mairbun” albo w ogóle „mbn”. Choć najlepiej było podobno, kiedy w użyciu wciąż były półpensówki i funkcjonował zwrot „halfpennyworth”. Ten, ku uciesze Amerykanów, wielu Brytyjczyków wymawiało tak: „haypth”. I to jest jeszcze nic, bo jak policzył ktoś mądry tylko w sześciu hrabstwach północnej Anglii, słowo „house” jest wymawiane na 17 różnych sposobów.

Na tym problemy się nie kończą. Są jeszcze lokalne dialekty. I bynajmniej rzecz nie ogranicza się do tego, że inaczej mówią Pakistańczycy, Hindusi, Aussi, Kiwi i mieszkańcy każdego z krajów, które angielski przejęły od administracji kolonialnej lub handlarzy niewolników, którzy zaopatrywali wyspy na Atlantyku. Ani nawet do wariacji takich, jak w amerykańskim „dixie”, gdzie pytanie „were you born in barn?” – to odpowiada polskiemu: „mieszkasz w tramwaju?” – przybiera formę „were you barn in born?”. Nijak, bo „dixie” – choć rani uszy Europejczyka – jest w miarę jednolity na bardzo dużym obszarze, i jego wariacje nijak się mają do tego, co da się znaleźć na Wyspach. Tutaj, na stosunkowo niewielkim obszarze, jest co najmniej 40 oddzielnych dialektów. Niektórzy mówią nawet o 50, a są i tacy, według których właściwie każda dolinka ma swoje narzecze. Rodowici mieszkańcy niewielkich miasteczek po tym, jak ktoś mówi, są w stanie określić, z jakiej miejscowości pochodzi.

– Weeah to bahn? – mówią w Yorkshire, gdy chcą zapytać „gdzie idziesz”. Przetrwała tam bowiem w dość oryginalnej wersji pierwotna forma „Where art thou bound”. W różnych regionach inaczej mówi się na przykład 21. Gdzieniegdzie jest to po prostu „twenty one”, ale są też miejsca, w których jest to „one and twenty”. – Tylko po to, by sprawy skomplikować, w mieście Boston, które znajduje się w Lincolnshire mówi się, że ktoś ma „twenty-one” lat, ale kamieni ma „one-and-twenty”, podczas gdy w oddalonym o 20 mil Louth jest dokładnie na odwrót – pisał Bryson. W samym Londynie można znaleźć mniej więcej cztery główne dialekty, a dużo zależy też od tego, czy cockneya zaliczymy jeszcze do angielskiego, czy już raczej nie, bo brzmi jednak jakby inaczej.

Zresztą nie ma nawet co mówić o cockneyu, skoro są Szkoci. A ci używali, a niekiedy robią to nadal, zupełnie innych słów. Wahać się? Swithering. Marnować czas? Niffle-naffle. Efekt jest taki, jak w przytaczanym przez Brysona poemacie „To a Haggis”: „Great chieftain o' the puddin'-race!/Aboon them a' ye talc your place....”. Biada wyuczonym w szkołach obcokrajowcom, którzy myślą, że znają angielski i jadą do Szkocji. I – powiem to znowu – to jeszcze nie jest koniec, bo dialekty różnią się nie tylko ze względu na geografię i regiony.

Język wyspiarzy to prawdopodobnie najbardziej klasowy język świata. W takim sensie, że po tym, jak kto mówi, bez wielkiego trudu da się rozpoznać klasę społeczną, do której się zalicza. To dlatego George Bernard Shaw, autor niezliczonej liczby powiedzonek, pisał: „dla Anglika to niemożliwe, by otworzył usta i nie spowodował, by jakiś inny Anglik zaczął nim pogardzać.” Żeby się w tym zorientować nie trzeba być nawet Wyspiarzem. Dialekty londyńskiej klasy średniej i pracującej są tak różne, że niejeden uznałby je za odmienne języki. A co dopiero, gdy porównać przeciętnego mieszkańca Chelsea, z przeciętnym bezrobotnym z Glasgow? Dogadaliby się?

Lingua franca

Wątpliwe. Jednak wszystkie te problemy znikają, gdy angielskim nie posługują się Brytyjczycy. To chyba jedyna nacja, która po angielsku mówi tak, jak Orr ze słynnego „Paragrafu 22” Josepha Hellera. Jeżeli nie znacie tej książki – to warto poznać. Jeżeli nie pamiętacie, to przypominam, co w Orrze było wyjątkowego. Orr wyróżniał się tym, że chodził z dzikimi jabłkami w ustach. Dlaczego to robił? – zapytacie. – Bo są lepsze niż kasztany – odpowiadał. Co nie zmienia tego, że „niełatwo jest coś wytłumaczyć, kiedy się mówi z dzikimi jabłkami w ustach”.

Podobne skojarzenia ma też jedyny naród, który posługuje się angielskim na tyle pewnie, by winy nie szukać we własnych ułomnościach, tylko w ułomnościach cudzych, czyli Amerykanie. Ci o Wyspiarzach mówią, że wymawiają tak, jakby mieli pełne usta. A powodem jest to, że Brytyjczycy niemiłosiernie połykają głoski. Niedowiarkom podpowiadam, że można spróbować zapytać któregoś „Weeah to bahn?”. A reakcję przypominać będziemy sobie, ilekroć usłyszymy „cockney” lub „llalan” i pomyślimy, że jednak nie znamy angielskiego.

Wszystkie problemy znikają, kiedy angielskiego używają obcokrajowcy. Wtedy pozostaje jedynie prostota i uniwersalny język wspólnoty międzynarodowej z przyzwyczajeniami, różnicami i błędami, które wnoszą różne nacje, i które są tolerowane, bo dla nikogo nie jest to język ojczysty i wszyscy nie tylko się mylą, ale też mają świadomość własnej omylności. Po angielsku bez trudu dogada się Polak z Amerykaninem i Amerykanin ze Szwedem. Albo Francuz z Włochem i Szwajcar z Niemcem. Tak jak w przypadku Iveco, które powstawało jako wspólne przedsięwzięcie Francuzów, Włochów, Niemców i Szwajcarów, ale „urzędowym” językiem firmy uczyniono angielski. Ten jest już bowiem prawdziwą lingua franca.

 

Dodaj komentarz

Ogłoszenia

Wybrane oferty

Jak słuchać radia PRL?

Radio
Przełącz się na cyfrowy system DAB. Po uruchomieniu radia poszukaj nas pod nazwą Polish Radio London, bądź na kanale 11B.

W domu
Jeśli masz platformę N podłączoną do internetu to też możesz słuchać radia PRL. Szukaj nas w stacjach regionalnych.

Internet
Ciesz się najlepszą muzyką na Wyspach Brytyjskich. Kliknij przycisk LISTEN LIVE i słuchaj radia w kilku jakościach.

W telefonie
Ściągnij darmową appkę na twojego smartphon’a i słuchaj nas gdziekolwiek jesteś. Appkę możesz ściągnąć tutaj:

App Store Google Play Windows Store

Napisz do nas!